Odpuściłam

Niektórzy nie chcą być ratowani, Niektórych wręcz ratować nie wolno. Muszą sięgnąć dna i na jakiś czas na nim pozostać by otworzyć oczy.

Odpuściłam…

Nie sądziłam, że to jest właściwe, nie przypuszczałam nawet, że odpuszczanie jest czasem jedynym wyjściem. Pamiętam za to ten ból. Bo kiedy Ci zależy to zazwyczaj boli, bardzo boli. Cholera najbardziej bolało właśnie mnie, bo osoba opuszczana miała to w czterech literach. To ja odczułam to jako porażkę. To ja wypłakałam morze łez prosząc w powietrze by nie stało się najgorsze. To ja zadzwoniłam. To ja podjęłam decyzje… To ja z przyjaciółki stałam się wrogiem… Zamierzałam się od tego odciąć, tylko to było trudne, chęć podarowania ostatni raz szansy. Chęć szukania wyjścia. I stojąc tam w tych drzwiach, juz po wszystkim poczułam się jak narkomanka, która stara się pracować nad głębią swojej relacji ze strzykawką pełną heroiny. Moją heroiną było wtedy moje dobre serce. Wtedy tego nie wiedziałam, wtedy było wtedy. Dziś jest dziś.

Dziś osoba której pozwoliłam zarzucić kotwicę na dnie powiedziała „Dziękuję”

Reklamy

Ruskie szampany wypite za … :)

Prawda jest taka,że dzis ani nowy Rok, ani szczególna okazja. Chociaż otoczenie (kwiatowy balkon, i piękny wieczór zrobiły swoje)to spotkanie z moją Bursztynką to czas, gdy obie możemy być sobą i nikt nie wytyka nam błędów. Chociaż powiem wam w sekrecie że „takiej ręki do kwiatów poza Nią nie ma nikt” w każdym razie ja nie znam. Setki kilometrów od domu, każda z nas jest tu gdzie jest z innego powodu, ale mimo to znalazłyśmy tą cienką nić porozumienia. Wiecie taka przystań pośród obcych, a jednak znajomych okolic. Możliwe, że jestem dość chaotyczna, ale to dziś trzeba mi wybaczyć, ponieważ wspomniany w tytule ruski szampan zrobił już swoje 🙂 zdjęć balkonu nie bedzie (Bursztynek zabrania) ale za to butelki jak najbardziej:)

Co prawda my obie w piciu tak wprawione jesteśmy, że gdyby wszyscy tak pili jak my, to cytujac mame koleżanki „Polmo- zbyt by padł”, Myślę sobie, że czasem trzeba. Zwolnić tak jak my dziś i złapać chwilę, zatrzymać się i odetchnąć pełną piersią, tak jakby jutro miało nie nadejść. I nie jest istotne, że wspomnienia, które z nami są potrafią rzucać nas na kolana, a z oczu wyciskać lzy. Ważni są ludzie którzy z nami wtedy zostają i pomagają nam podnieść się z kolan.

Uszkodzona.

Trudno jest komuś wyznać, że jest się uszkodzonym. Zwłaszcza, że użyło się dużo superklejów i taśmy wiecie takiej szarej, a może srebrnej w każdym razie na pewno pancernej. Po takim uszczelnianiu swojej duszy i ciała jest się pewnym, że nic takiej struktury nie rozwali. Tylko, że ta pewność jest bardzo opcjonalna. Świat się zmienia warunki dookoła nas również. M. wiedział jak jest znał moją przeszłość, ale opowiadać mimo wszystko jest łatwiej niż później pokazać, że ślady przeszłości ma sie dalej na sobie. Umówiliśmy się na pierwsza sesje nie sesję. Pierwsze spotkanie sam na sam u niego. Coś jak sesja ale z zastrzeżeniem, że jeżeli coś będzie nie tak, lub jeśli poczuje się niekomfortowo natychmiast przerwiemy cokolwiek by się nie działo. Wspomniałam mojej przyjaciółce tak tylko mimochodem gdzie się wybieram wplatając w to adres M. Taki mały układ między mną a nią na wypadek znalezienia mnie w czarnym worku na jakimś śmietniku. Więc po zapewnieniu sobie potencjalnej ochrony wybrałam się na spacer do M. Kilka km, dużo czasu na nabranie odwagi, uspokojenie myśli i zmęczenie ciała. Po dotarciu do celu wpisałam kod na domofonie i zgodnie ze wskazówkami pokierowałam się do jego mieszkania. W drzwiach przywitał mnie M. Nawet nie wiedziałam, że gdy wpisuje się kod w domofonie to słychać to w mieszkaniu. Szybka myśl wiać czy wchodzić… No to wejście. Oprowadził mnie po mieszkaniu pokazał wszystko. Oswojona z przestrzenią z kubkiem herbaty starałam się nie myśleć o tym czy robię dobrze. Nie było żadnego planu. Miało być swobodnie. Dużo rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Moje skrępowanie malało i czułam się coraz bardziej na miejscu. Ustaliliśmy wcześniej, że to na tym spotkaniu M chce zobaczyć moje ciało bez opakowania. Wiedziałam, że ten moment nastąpi i choć byłam tym skrępowana, to wtedy wszytko gdzieś uciekło. Po zjedzeniu zamówionego jedzenia M. poszedł pod prysznic po którym wyszedł już bez ubrania owinięty tylko w recznik. I to była ta chwila w której nastąpił kryzys. Strach który poczułam był tak irracjonalny, że mnie sparaliżowło. Wydawało mi się, że gdy zdejmę z siebie moje „warstwy” czar pryśnie i będzie jak po wybiciu 24:00 u Kopciuszka. Zaproponował przejście do sypialni, a ja jedyne co mogłam zrobić to skinąć głową na znak zgody. Przestąpiłam próg pokoju i nie byłam w stanie zrobić ani jedego kroku dalej. Upewnił się, że nadal tego chcę co zresztą potwierdziłam a jakże znów głową. Wiecie jak taki piesek zabawka z dawnych lat co miał ruchomą głowę która się kiwała na druciku. Z Jego pomocą zrobiłam jeszcze kilka kroków stając tuż przed łóżkiem. Znów pytanie o to czy to On ma mnie rozebrać i znów moja głowa wykonała znak zgody. Myślę, że wtedy na chwilę się odciełam. Nie pamiętam tego jak mnie rozpakowywał. Pamiętam moje łzy które płynęły z moich oczu, Jego spokojne słowa, które wypowiadał i lekką zmianę temperatury gdy zostałam tylko w bieliźnie. W głowie miałam tylko to, że zaraz będzie po wszystkim i to się skończy. Dotykał mojego ciała i śladów przeszłości widocznych na moim brzuchu. Przejechal palcem po każdej lini jaką wykonał skalpel lata temu. Czekałam na werdykt ” SKAZANA NA ODEJŚCIE” i się nie doczekałam. Gdy otworzyłam oczy on z uśmiechem stwierdził, że jestem idealna. Usłyszałam mój własny śmiech. Bo przeciez jak ja mogę być idealna. K…a mać no jak? Trochę trwało zanim znów stałam się racjonalną istotą. Był płacz, śmiech, trochę mieszanki tego wszystkiego razem. Katarzis. Po wszystkim sama zdjęłam bieliznę, w końcu najgorszą część mnie już zobaczył:). Tej nocy do niczego wiecej nie doszło. Przegadaliśmy jeszcze wiele godzin ubrani tylko w swoją własną skórę. Do siebie wróciłam następnego dnia rano. Niestety M. musiał iść do pracy a ja na uczelnie. Szare życie, a jednak kolorowe:). Przyjaciółka skwitowała mój powrót dość krótko „fajnie, że żyjesz”. I tak sobie pomyślałam, że nawet fajnie że żyje.

Foch

Po tej akcji z odwiedzinami w gabinecie ginekologicznym miałam ochotę niszczyć wszystko na swojej drodze. O zobaczcie Pani Chaos przeszła przez miasto i nic co stanęło na jej drodze nie wyszło cało z opresji. Brzmi jak scena z filmu, rola godna Oskara! Jednak co z tego że wyszło na moje, co z tego że niby byłam górą skoro czułam się jakbym nie miała nic do powiedzenia. To była jakaś abstrakcja. Zderzenie z rzeczywistością i z faktem, że uległam. To wszystko połączone razem zbudziło mieszane uczucia. Zastanawiałam się czy to wciąż jestem ja? Stanęłam przed lustrem i wciąż było w nim moje odbicie, nic sie nie zmieniło, nic nie wyparowało z mojego ciała. Tylko ta twarz spoglądająca na mnie z lustra była jakaś inna, na początek myślałam, że tak wygląda osoba złamana, ale pomyliłam się. O żadnym złamaniu nie mogło być mowy. Czyżbym jednak powstała z popiołów. Możliwe.

Minęło kilka dni bo jak wiadomo serce swoje, ale rozum swoje. Nie mogłam się tak od razu przyznać, że chcę więcej. No w końcu kobieta to kobieta i w pewien sposób zawsze chce zrobic tak żeby było po jej myśli. Nie zostałam przez ten czas pozostawiona sama sobie. M. pokazał, że potrafi być cierpliwy, pisał wiadomości i nie oczekiwał odpowiedzi. Był. W końcu i ja się odezwałam. Miałam wolne z pracy co skutkowało odrobina czasu. Postanowilismy się spotkać i porozmawiać. Na chłodno bo od wszystkiego minęła już chwila i emocje opadły. I można by było myśleć, że to ja byłam bardziej emocjonalnie zaangażowana. Jest to wyobrażenie błędne. W takich relacjach nawet w ich początkowych fazach obie strony w pewien sobie tylko znany sposób siedzą jak na karuzeli. M. wyraźnie dał mi jednak do zrozumienia, że to spotkanie jest decydujace i, że albo kontunuujemy i wdrażamy „związek/relacje” w życie albo każdy odchodzi w swoją stronę. Nie ma to jak świadomość ostateczności. Postanowiłam dojść o własnych siłach do miejsca przeznaczenia, oczywiście M. już tam był. Nie było późno chociaż już zaczynało robić sie szaro. Usiadłam naprzeciwko zamówiłam wodę i czekałam, coś jak owieczka przed ścięciem. Owieczek chyba się nie ścina ale co tam.

Sporo nowości wyszło podczas tej rozmowy, ale chyba najbardziej istotne było to, że ma być to relacja 24/7. Ustaliliśmy, że początkowe spotkania beda odbywać się u M. a z czasem gdy pozwoli na to odpowiednia ilość zaufania przeniosę się do M. Równie dobrze mogliśmy przenieść się do mnie ale wzgledy logistyczne i kosztowe wygrały. Więc maszyna ruszyła i ekscytaja przeplatając się ze strachem pchała mnie do przodu.

Czasem czasu brak.

Tak sobie dziś pomyślałam, że w pewnym sensie zostałam oszukana. Żadne to odkrycie, ale wszyscy mamy słabsze dni. Niby mamy do dyspozycji 24 godziny, a jednak to nie zawsze wystarcza. Wiem wiem planowanie pomaga… Więc zaplanowałam skrupulatnie z precyzją kardiochirurga i wszystko szlak trafił. „Niesprawiedliwość” chciało by się krzyczeć tylko po co? Co to zmieni, że krzyk gardło rozdziera skoro czas płynie sobie nieubłaganie dalej. No oszustwo, ponieważ ja bym chociaż czasem chciała mieć taką magiczną moc zatrzymania czasu w miejscu. Taka chwilka by się pozbierać i po wszystkim ruszyć dalej. Wiadomo ,że się nie da, więc akceptuje chociaż się nie zgadzam. Nikogo nie obwiniam, bo to też nie ma sensu. Jak to mówi mój znajomy wina niby zawsze leży po obu stronach „żony i teściowej”. Tylko on ma żonę i ma teściowa, a ja co najwyżej pająki w jakimś kąciku mieszkania do którego nie zajrzałam. Czyli pająki winne, że doba jest za krótka:)

KOPERTA

Koperta… no cóż przez kolejne kilka dni ta mała koperta uczyła mnie różnych emocji. Od cierpliwości przez ciekawość po głębokie zdenerwowanie. Wiele mogłabym o niej powiedzieć,że taka mała i biała, niezbyt cieżka, że należy do mnie ale też moja do konca nie jest. Tylko tego, że jest zwyczajna nie mogłam o niej powiedzieć. No ale każdy by się wkurzył… Rozmowy z M. omijały temat jakby to była jakaś dżuma. On nic nie wspominał, a ja nie pytałam. Duma mi nie pozwalała pytać, bo zapytanie= ciekawość,a ja nie chciałam pokazać, że obecność tego zakazanego owocu w moim mieszkaniu spala mnie na popiół. Zbliżały mi sie dwa zupełnie wolne popołudnia i właśnie przed tym pierwszym popołudniem odebrałam wiadomość od M.

” Zapoznaj sie z zawartością koperty M.”

Miałam ochotę wybiec z pracy i natentychmiast lecieć do domu. Tyle, że do końca zmiany miałam jeszcze 3 godziny. Mogłam wziąć ją ze sobą!!! myślałam z rezygnacją, a tak pozostały 3 h tortur. W pracy posprzątałam ekspresowo wszystko zrobiłam w mgnieniu oka. Za to po dotarciu do domu rzuciłam się na kopertę jak wygłodniały lew na swoją zdobycz. I po przeczytaniu kartki która znalazłam w środku zamarłam.

„Jutro na 16:30 masz umówioną wizytę u ginekologa tutaj masz adres

……………………

Będę na Ciebie czekać pod gabinetem”

Kartka mnie zmasakrowała. Kalejdoskop pytań. W głowie rozsypka jak po wybuchu bomby atomowej. Wściekłość wybuchała we mnie za każdym spojrzeniem na tą kartkę z nowa siłą. Nie wiedziałam po co mam tam iść, tym bardziej nie wiedziałam po co On ma mi towarzyszyć. Postanowiłam, że zanim skieruje się do Niego z moimi pytaniami musze się uspokoić. Bo przy takiej porcji wściekłości nic dobrego by z tego nie wyszło. Bunt normalnie miałam ochotę na BUNT przez duże B, taki jakiego jeszcze świat nie widział. I pomyśleć, że tak się cieszyłam z tej koperty. Trochę czasu mi to zajęło reszta nocy przeminęła, a w raz z nocą minął też gniew. Pozostało już tylko niezrozumienie i zawód. Pomyślałam sobie, że czas na wyjaśnienia. Jak pomyślałam tak też zrobiłam. Tylko, że rozmowa z M. mnie znów wybiła z mojej bańki spokoju. Owszem wytłumaczył mi dlaczego tak postapił, wytłumaczył mi to wszystko co dreczyło mnie przez ostatnie godziny. M. chciał mieć pewność, że go nie okłamuje, powiedział mi, że w życiu słyszał już tak wiele bajek, i był tak wiele razy oszukany, że mimo iż chce mi ufać to chce też mieć pewność, że nie byłam z nikim przed nim. Kotłowało mi się to wszystkio w głowie, bo z jednej strony go rozumiałam, a z drugiej jednak byłam wściekła o ten brak zaufania. No bo jak do diabła można ufać, a jednocześnie nie ufać. No i jak to w kobiecej naturze bywa pomyślałam sobie „Już ja Ci udowodnie ”

Równo o 16:30 byłam pod gabinetem, z zabijajacym spojrzeniem przestąpiłam próg gabinetu, a M. wszedł zaraz za mną. Wymyśliłam sobie, że skoro to on chce odpowiedzi które ja już znam to niech sam przedstawia sytuacje lekarzowi. I gdy padło pytanie od przemiłej Pani Doktor z czym przychodzimy M. wytłumaczył bez żadnych problemow o co chodzi. Co prawda nie zdradził ani słowa o klimacie, ale wybrnąć z tej sytuacji udało mu sie po mistrzowsku. Lakarka zaprosiła mnie za parawan zbadała mnie i potwierdziła M. to co już wiedział wcześniej ode mnie. Ulotniłam się z gabinetu gdy to tylko było możliwe. Byłam rozczarowana, wściekła i mimo wszystko dumna z siebie. M. był milczący po chwili jednak gdy znaleźliśmy się na zewnątrz mocno mnie przytulił i przeprosił. Poprosiłam by odstawił mnie do domu. Potrzebowałam czasu by to wszystko przetrawić w samotności. Bez protestów pojechał do mojego domu. Całując na pożegnanie w policzek.